Sztuczne rzęsy, tipsy i retinol na twarz. Tak „dbają” o siebie współczesne 10-latki
Media społecznościowe zmieniły sposób, w jaki dzieci myślą o wyglądzie i o własnej skórze. – Dziś nastolatki porównują się z rówieśniczkami z Instagrama czy TikToka, dziewczynami w ich wieku lub niewiele starszymi, które prezentują nieskazitelną, „idealną” cerę – zauważa dermatolożka Katarzyna Zakrzewska. Efekt? W gabinetach lekarskich pojawia się coraz więcej młodych pacjentek z podrażnieniami, alergiami i zaburzoną barierą skóry.
Magdalena Tereszczuk-Brach: Dzisiejsze 10-latki wiedzą o makijażu i pielęgnacji skóry całkiem sporo, może nawet za dużo. Widzę małe dziewczynki, które chodzą umalowane, każda z nich ma też już swoje rytuały urodowe. Czy jako dermatolożka też spotykasz się z takim zjawiskiem?
Katarzyna Zakrzewska: Zdecydowanie tak, ten trend jest bardzo wyraźny. I oczywiście w dużej mierze wynika z wpływu mediów społecznościowych, takich jak TikTok czy Instagram. Coraz młodsze dziewczynki interesują się pielęgnacją, a także coraz wcześniej trafiają do gabinetów dermatologicznych, oczywiście z rodzicami, najczęściej z powodu reakcji alergicznych lub podrażnień po użyciu kosmetyków. W tej grupie wiekowej zmiany najczęściej pojawiają się w okolicy powiek, czyli tam, gdzie stosowany jest makijaż lub kosmetyki pielęgnacyjne. To pokazuje, że jest to zjawisko, któremu zdecydowanie warto się bliżej przyjrzeć.
Czy winą możemy obarczyć tylko media społecznościowe?
Myślę, że ogromną rolę odgrywa presja rówieśnicza, ale jest ona bardzo silnie powiązana z mediami społecznościowymi i internetem. Trzeba podkreślić, że obraz skóry, który widzą młode dziewczynki, jest w dużej mierze przefiltrowany i nierealny. Kiedyś, gdy ja byłam nastolatką, również oglądałam w gazetach idealną skórę aktorek czy piosenkarek, często poprawianą w Photoshopie, ale były to osoby z innego świata, z którymi nie porównywałyśmy się bezpośrednio. Dziś nastolatki porównują się z rówieśniczkami z Instagrama czy TikToka, dziewczynami w ich wieku lub niewiele starszymi, które prezentują nieskazitelną, „idealną” cerę. Do tego dochodzi presja grupy, koleżanki zaczynają o tym mówić, stosować kosmetyki, więc skoro tak to i ja zacznę. W efekcie dzieci bardzo szybko biorą do siebie, jeśli coś im nie wyjdzie, jeśli np. kosmetyk podrażni ich skórę. Nie myślą, że może ten produkt mi nie służy albo moja skóra reaguje inaczej, tylko raczej, że to ja robię coś nie tak albo ze mną jest coś nie w porządku, a często nawet, że „jestem brzydka”.

Katarzyna Zakrzewska /fot. archiwum prywatne
Dlatego temat pielęgnacji, makijażu i dbania o wygląd u dzieci jest niezwykle ważny, ale też bardzo delikatny. Czym innym jest rozmowa o pielęgnacji z dorosłą kobietą, a czym innym z nastolatką, która wciąż jest dzieckiem. To dodatkowo wymagający moment dla samej skóry. 10-11-latki wchodzą w okres dojrzewania, ciało i skóra zaczynają się dynamicznie zmieniać. Z jednej strony pojawiają się fizyczne oznaki dorastania, a z drugiej emocjonalność nadal pozostaje dziecięca. Presja wyglądu istniała zawsze, ale dziś, mam wrażenie, jest znacznie silniejsza. Możliwość ciągłego porównywania się, wymiany zdjęć i funkcjonowania w świecie mediów społecznościowych sprawia, że wszystko staje się bardziej intensywne, otwarte i trudniejsze do zdystansowania.
Czy skóra 10-letniej dziewczynki rzeczywiście wymaga jakiejś rozbudowanej pielęgnacji?
Ogólnie rzecz biorąc, nie. Zdrowa skóra dziecka, jeśli jej bariera naskórkowa nie jest zaburzona, zazwyczaj nie potrzebuje rozbudowanej pielęgnacji. W praktyce wystarczą trzy podstawowe elementy: delikatne mycie, nawilżanie i ochrona przeciwsłoneczna. Problem polega na tym, że w dzisiejszym świecie skóra dzieci bardzo często jest przesuszana, choćby przez obecność konserwantów, barwników czy substancji zapachowych w kosmetykach do mycia. Wtedy rzeczywiście wymaga nawilżenia, ale nadal powinna to być pielęgnacja prosta i łagodna. Kiedy zaczynamy stosować zbyt wiele aktywnych składników, łatwo zaburzyć równowagę skóry. W efekcie staje się ona jeszcze bardziej sucha, a organizm próbuje to kompensować, pojawia się nadprodukcja sebum, zaskórniki czy nawet tzw. trądzik kosmetyczny. Tworzy się błędne koło, w którym dziecko ma wrażenie, że potrzebuje coraz więcej kosmetyków, podczas gdy tak naprawdę należy tę pielęgnację uprościć. Warto pamiętać, że skóra dziecka ma bardzo dużą zdolność regeneracji, co widać choćby po szybkim gojeniu się ran. Nie potrzebuje więc składników takich jak retinol, który stosuje się raczej u dorosłych. Jednocześnie jest skórą cieńszą, bardziej wrażliwą i reaktywną, łatwiej ulega podrażnieniom, szybciej traci wodę i intensywniej reaguje na czynniki zewnętrzne, np. rumieniem, pieczeniem czy świądem. Dlatego w przypadku dzieci mniej naprawdę znaczy więcej, a kluczem jest delikatność i prostota pielęgnacji.
”Ja zawsze powtarzam, że jeśli pacjent, a szczególnie nastolatek, źle się czuje ze swoją skórą, a w 90 proc. przypadków tak właśnie jest, to nie zabraniajmy mu makijażu. Można go stosować, ale pod pewnymi warunkami.”
A kiedy dziecko może potrzebować większej ilości kosmetyków? Pamiętam, że w moim przypadku był to okres dojrzewania.
Jeśli mówimy o pielęgnacji skóry nastolatków, to momentem, w którym warto wprowadzić bardziej ukierunkowane działania, jest pojawienie się pierwszych zmian, takich jak zaskórniki czy drobne wypryski. Wtedy możemy zacząć delikatną, ale już aktywną pielęgnację. Jeżeli jednak pojawiają się stany zapalne, takie jak bolesne krosty, nasilony trądzik, warto zgłosić się do lekarza. To ważne nie tylko ze względu na skórę, ale też na samopoczucie nastolatka i jego poczucie własnej wartości. Nieleczone zmiany mogą się utrzymywać miesiącami i wpływać na codzienne funkcjonowanie, np. w szkole. W przypadku łagodniejszych zmian można wprowadzić składniki takie jak kwas azelainowy, działające przeciwzapalnie i lekko złuszczająco. Kluczowe jest jednak, by pielęgnacja była delikatna i nie naruszała bariery naskórkowej. Zbyt agresywne działanie może prowadzić do przesuszenia i pogłębiania problemu, czyli do tego, o czym już wcześniej mówiłam – tzw. błędnego koła pielęgnacyjnego.
Wrócę do tego, co powiedziałaś na początku, że w gabinecie spotykasz kilkuletnie dziewczynki z problemami skórnymi wynikającymi z nadmiernej pielęgnacji czy stosowania makijażu. Czy rodzice tych dzieci nie są świadomi konsekwencji używania podkładu przez 10-latkę?
Z mojego doświadczenia zawodowego wynika, że najczęściej są to sytuacje jednorazowe i rodzice są tego świadomi. Makijaż pojawia się przy okazji festynów, urodzin czy spotkań z animatorką, to raczej zabawa niż codzienna praktyka. Czasem zdarza się też przy nocowankach czy spotkaniach z koleżankami, kiedy dzieci eksperymentują z kosmetykami, które dostały np. w prezencie. Osobiście nie jestem zwolenniczką malowania twarzy u dzieci, ale rozumiem kontekst takich sytuacji. Jeśli już się zdarzy, warto zadbać o szybkie zmycie makijażu po powrocie do domu. Problem pojawia się wtedy, gdy takie zachowania zaczynają się powtarzać i wymykają się spod kontroli dorosłych. Coraz częściej słyszy się, że młodsze dziewczynki zaczynają się malować regularnie. Część rodziców bagatelizuje ten temat, traktując to jako niewinną zabawę czy sposób na spędzanie czasu z rówieśnikami. Zdarza się też, że dzieci same kupują kosmetyki, np. wracając ze szkoły, i przez jakiś czas pozostaje to niezauważone. Nie chodzi tu o ocenianie rodziców, każdy ma swoją sytuację i ograniczenia. Natomiast zdecydowanie jest to temat, o którym warto mówić i na który warto uwrażliwiać. Przede wszystkim dlatego, że nieodpowiednio stosowane kosmetyki mogą podrażniać skórę, a nawet prowadzić do reakcji alergicznych w przyszłości.
Wspomniałaś o tym, że nie jesteś wielką fanką malowania buzi na urodzinach. Czy tego typu “makijaż”, który wydawałoby się, że jest zrobiony z użyciem produktów dostosowanych do dziecięcej skóry, też może być szkodliwy?
Najważniejsze jest to, że kosmetyk kosmetykowi nierówny. To, czego używają animatorki, a często nie są to profesjonalne makijażystki, zwykle nie jest wysokiej. Często są to farbki do twarzy czy produkty kupowane z niepewnych źródeł, gdzie normy dotyczące składu i bezpieczeństwa są zupełnie inne niż w Europie. Dlatego, jeśli mam taką możliwość, zawsze zwracam uwagę na skład i pochodzenie produktu. Dla mnie ważne jest, żeby był to rzeczywisty kosmetyk dopuszczony do użytku na rynku europejskim, a nie produkt „zabawowy”, który omija część regulacji. Te standardy naprawdę się różnią, zarówno pod względem dopuszczalnych składników, jak i ich stężeń. Kolejna kwestia to barwniki, szczególnie te ciemne, które częściej uczulają i mogą wywoływać reakcje alergiczne czy kontaktowe zapalenie skóry. Dlatego warto ich unikać, zwłaszcza w dużej ilości. Bardzo ważne jest też, aby nie nakładać makijażu w okolicach oczu. Skóra tam jest najcieńsza i najbardziej wrażliwa, a dzieci dodatkowo często pocierają oczy, co zwiększa ryzyko podrażnień czy nawet mikrourazów. I zdecydowanie odradzam brokat, nie tylko ze względów ekologicznych, ale przede wszystkim zdrowotnych. Dzieci mogą go wdychać, a drobinki mogą dostać się do oka i je podrażnić. Jeśli już się pojawia, to raczej na ciele, np. na ręce, ale absolutnie nie na twarzy, a szczególnie nie w okolicach oczu.
Znam 10-latki, które mają swoją poranną i wieczorną rutynę, regularnie stosują różne mgiełki, maseczki w płachcie albo kremy. Czym to może grozić?
Z dermatologicznego punktu widzenia najważniejszym problemem jest zaburzenie bariery naskórkowej. Skóra dziecka jest cieńsza, a jej warstwa rogowa łatwo ulega uszkodzeniu. W efekcie staje się sucha, łuszcząca się i bardziej podatna na podrażnienia. Druga kwestia to alergie. Warto rozróżnić podrażnienie od alergicznego kontaktowego zapalenia skóry. Podrażnienie pojawia się szybko, skóra piecze, szczypie, reaguje na silny składnik. Natomiast alergia rozwija się w czasie. Skóra „uczy się” kontaktu z danym alergenem i reakcja może pojawić się dopiero po tygodniach, miesiącach, a nawet latach. Objawia się najczęściej jako swędzące, zaczerwienione zmiany z delikatnym złuszczaniem, nie tylko na twarzy, ale też w innych miejscach. To bardzo częste zjawisko, także u dorosłych. Często słyszę: „używam tego kosmetyku od lat” i właśnie tak może wyglądać rozwój alergii. Im później zaczynamy stosować takie produkty, tym mniejsze ryzyko, bo skóra jest bardziej dojrzała i odporna.
Z jednej strony dziewczynki używają masy produktów pielęgnacyjnych i kolorowych, a z drugiej strony nie potrafią sobie odpowiednio umyć buzi. Mam wrażenie, że to także jest kolejny problem.
Tak. Kolejna sprawa to demakijaż. Dzieci często nie wykonują go prawidłowo, zapominają, idą spać w makijażu albo zbyt mocno pocierają skórę przy jego usuwaniu. To dodatkowo ją podrażnia, zatyka pory i pogłębia problemy skórne. I wreszcie higiena. Nastolatki często wymieniają się kosmetykami, tuszami do rzęs, pędzlami, które mają bezpośredni kontakt z bardzo wrażliwą okolicą oka. Rzadko są one dezynfekowane czy myte. To zwiększa ryzyko infekcji bakteryjnych i podrażnień.
Które składniki w kosmetykach kolorowych i pielęgnacyjnych mogą być najbardziej szkodliwe dla skóry dzieci?
Jeśli mówimy o kosmetykach dla dzieci, to podstawowa zasada brzmi: im prostszy skład, tym lepiej. Produkty powinny być jak najmniej „atrakcyjne”, czyli bez intensywnych zapachów, kolorów czy dodatków typu brokat. Najbezpieczniej wybierać dermokosmetyki, najlepiej dostępne w aptekach, które mają prosty, przejrzysty skład i spełniają określone normy jakości. Warto unikać dużej ilości barwników, substancji zapachowych, alkoholu oraz składników potencjalnie drażniących, takich jak SLS. Należy też uważać na pochodne formaldehydu czy inne konserwanty, które mogą uczulać. Problem polega na tym, że składy często są skomplikowane i nie zawsze czytelne, dlatego jeśli mamy wątpliwości, warto po prostu sprawdzić dany skład w internecie. Istotnym, a często pomijanym alergenem jest również nikiel. Może być obecny np. w akcesoriach do makijażu, takich jak pędzle. To jeden z najczęstszych czynników wywołujących alergiczne kontaktowe zapalenie skóry, dlatego warto zwracać na to uwagę. Dużym problemem jest też dostępność kosmetyków „dla dzieci”, które są kolorowe, pachnące i atrakcyjne wizualnie, ale często nie mają składu odpowiedniego dla wrażliwej skóry. Jeśli starsza dziewczynka (np. 12–13 lat) zaczyna interesować się makijażem, nie demonizowałabym tego, ale warto wybierać produkty możliwie najprostsze, hipoalergiczne, o ograniczonej liczbie składników, zdecydowanie nie te kupowane w sklepach z zabawkami. Równie ważna jest edukacja. Regularna wymiana kosmetyków, np. tuszu do rzęs co 3 miesiące, dbanie o higienę pędzli oraz dokładny demakijaż. To szczególnie istotne w wieku, w którym skóra zaczyna mieć tendencję do zaskórników i stanów zapalnych. Niewłaściwa pielęgnacja może te problemy tylko nasilać.
”Kiedyś, gdy ja byłam nastolatką, również oglądałam w gazetach idealną skórę aktorek czy piosenkarek, często poprawianą w Photoshopie, ale były to osoby z innego świata, z którymi nie porównywałyśmy się bezpośrednio. Dziś nastolatki porównują się z rówieśniczkami z Instagrama czy TikToka, dziewczynami w ich wieku lub niewiele starszymi, które prezentują nieskazitelną, „idealną” cerę.”
Na rynku jest też cała masa kosmetyków przeznaczonych dla dzieci. Czasami czytam sobie ich składy i nie zawsze mam poczucie, że to są rzeczywiście dobre produkty. Jakie są twoje obserwacje?
Jeśli chodzi o dermokosmetyki dla dzieci, takie do nawilżania, natłuszczania czy regeneracji, to oczywiście są marki, które znam i które rekomenduję w gabinecie. Natomiast jeśli mówimy o bardziej „trendowych” produktach, jak np. maseczki w płachcie, to ich nie zalecam, uważam, że w pielęgnacji dzieci zupełnie mijają się z celem. Najważniejsze jest to, żeby kosmetyk był rzeczywiście dopuszczony do stosowania u dzieci. To oznacza, że przeszedł określone badania, spełnia konkretne normy i standardy bezpieczeństwa. Sam fakt, że na opakowaniu jest narysowane zwierzątko czy kolorowa grafika, absolutnie niczego nie gwarantuje, to często tylko zabieg marketingowy. Dlatego zawsze zachęcam pacjentów, żeby sprawdzali, czy dany produkt ma faktyczną rejestrację i jest przeznaczony dla dzieci, np. od pierwszego dnia życia. To realna informacja, a nie tylko estetyka opakowania. Niestety, bardzo często produkty, które wyglądają na dziecięce, wcale takimi nie są w sensie prawnym i składowym. Jeśli już starsze dzieci czy nastolatki chcą sięgnąć po coś więcej, np. maseczkę, to powinna być ona maksymalnie prosta, z kwasem hialuronowym, skwalanem czy delikatnymi olejami. Bez intensywnych dodatków, zapachów czy skomplikowanych składów. Natomiast z perspektywy gabinetu takie produkty nie są konieczne. To raczej dodatek do pielęgnacji, a nie jej podstawa. Często są też kosztowne i generują niepotrzebne odpady. W pielęgnacji młodej skóry naprawdę wystarczy prostota, regularność i dobrze dobrane, bezpieczne kosmetyki.
Nikomu nie polecasz maseczek w płachcie?
Jeśli chodzi o dzieci, to zdecydowanie nie ma takiej konieczności, aby ich używały. Jeśli chodzi o dorosłych to wszystko zależy od potrzeb pacjenta. Mam bardzo dużo osób, które chcą mieć dobrze ułożoną pielęgnację, a przy tym ogromne znaczenie ma dla nich budżet. W takich przypadkach dokładnie analizuję składy i dobieram produkty tak, żeby były jednocześnie skuteczne i rozsądne cenowo. Z kolei jeśli mam pacjentkę, która chce używać większej liczby produktów, a jej skóra jest zdrowa, nie ma podrażnień, rumienia ani wskazań do leczenia, wtedy możemy pozwolić sobie na bardziej rozbudowaną pielęgnację. Traktujemy to jako tzw. „upgrade”, czyli coś dodatkowego, co może wspierać skórę. Zawsze jednak podkreślam, że np. jeśli decydujemy się na maski w płachcie stosowane dwa razy w tygodniu, to nie możemy oczekiwać spektakularnych efektów po dwóch użyciach. To fajny dodatek, sama ich używam, ale nie jest to element kluczowy. Inaczej niż w przypadku podstaw pielęgnacji, takich jak krem z filtrem czy retinol.
No właśnie, skoro jesteśmy przy retinolu, to dodam tylko, że też słyszałam o przypadkach kilkuletnich dziewczynek, które trafiały do gabinetów dermatologicznych po tym, jak same regularnie używały produktów z retinolem czy kwasem złuszczającym, w imię zasady, że im wcześniej rozpoczniemy pielęgnację przeciwstarzeniową tym lepiej.
Skóra młoda ma naturalne zdolności regeneracyjne, dlatego nie potrzebuje takich „wspomagaczy” jak skóra 30–40-latki. Jeśli chodzi o retinol, to jego wprowadzanie bardzo często na początku powoduje podrażnienia, takie jak lekkie zaczerwienienie, pieczenie, nadwrażliwość. To jest dość typowe, dlatego zaleca się zaczynać od niższych stężeń i unikać okolic oczu. W związku z tym, jeśli młoda osoba, z natury mająca cieńszą i bardziej wrażliwą skórę, zacznie stosować retinol, można się spodziewać, że te podrażnienia będą jeszcze silniejsze. Kluczowe pytanie brzmi: dlaczego ona w ogóle sięga po taki produkt? Czy dlatego, że chce pielęgnacji anti-aging „z TikToka”, czy faktycznie ma problemy skórne, np. trądzik, zaskórniki? Jeśli mamy do czynienia ze skórą trądzikową, wtedy jak najbardziej wprowadzamy składniki aktywne, czy to w pielęgnacji, czy w leczeniu. Ale powinno to być uporządkowane i dobrane przez specjalistę. Nie może to być przypadkowe stosowanie kilku silnych substancji naraz, retinolu, kwasów, peptydów i to wszystko bez kontroli. W praktyce większość takich kosmetyków jest po prostu zbyt silna dla młodej skóry. To są produkty zaprojektowane dla skóry dojrzałej, grubszej, bardziej odpornej, z innym mikrobiomem i bardziej ustabilizowanym układem immunologicznym. U dziecka czy bardzo młodej osoby może to prowadzić nie tylko do podrażnień (pieczenia, rumienia), ale też, co ważne, zwiększa ryzyko rozwoju alergii kontaktowych w przyszłości.
Mam wrażenie, że ten trend stosowania makijażu czy skomplikowanej pielęgnacji u dzieci to głębszy temat, nad którym rodzice powinni się pochylić. Czuję, że nakładanie podkładu na 10-letnią buzię to nie jest tylko kwestia “ładnego wyglądu”.
To prawda. Żyjemy w świecie, w którym media społecznościowe, takie jak Instagram czy TikTok, bardzo silnie koncentrują się na wyglądzie. Dzisiejsze dzieci dorastają w zupełnie innych standardach estetycznych niż ich rodzice, pełnych filtrów, idealizowanych obrazów i dużej presji wizualnej. Z perspektywy lekarza, ale też osoby zainteresowanej psychologią, uważam, że najgorsze, co możemy zrobić, to ten problem bagatelizować albo negować. Kluczowe są rozmowa i edukacja. To my dorośli, rodzice, nauczyciele, nadal jesteśmy dla młodych ludzi najważniejszym punktem odniesienia. Jeśli będziemy konsekwentnie przekazywać, że ich skóra jest wystarczająca, że jest zdrowa i że ich wartość nie zależy od wyglądu, to budujemy w nich poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości. Bardzo ważne jest też normalizowanie problemów skórnych. Wypryski czy trądzik to nie jest nic niezwykłego, to są stany, które się leczy, tak jak wiele innych dolegliwości. One nie definiują człowieka. Równie istotne jest to, żeby nie reagować krytyką. Zamiast oceniać, warto zapytać, skąd bierze się potrzeba nakładania makijażu – czy to chęć dopasowania się do rówieśników, czy poprawy samopoczucia. Nadmierne skupienie na wyglądzie bardzo często ma swoje źródło w emocjach, i to może być dla nas ważny sygnał. Oczywiście działania systemowe, jak kampanie społeczne czy edukacja w szkołach, są potrzebne, ale nie zastąpią codziennego wsparcia i rozmowy w domu.
Czy pracując z młodymi ludźmi zauważasz to, że rzeczywiście mocno koncentrują się na swoim wyglądzie?
Trzeba umieć odróżnić sytuację, w której ktoś nadmiernie koncentruje się na swoim wyglądzie, od tego, co mieści się w normie, a to bywa bardzo trudne do uchwycenia. W trakcie krótkiej, np. 15-minutowej wizyty, jest to szczególnie wymagające, dlatego ogromną rolę odgrywają tutaj pedagodzy i przede wszystkim rodzice. Każdy nastolatek w pewnym stopniu skupia się na swojej skórze i wyglądzie, jednak bardzo często problemy skórne są odzwierciedleniem tego, co dzieje się wewnętrznie i odwrotnie. Stres, brak akceptacji czy napięcie emocjonalne mogą powodować pojawianie się wyprysków lub zaostrzenie chorób, takich jak atopowe zapalenie skóry. Przewlekły stres realnie wpływa na stan skóry. To temat niezwykle istotny, bo zdarza się, że przychodzą pacjenci w wieku 12–13 lat i pojawia się pytanie, czy to naprawdę trzeba leczyć, bo przecież każdy ma trądzik. Owszem, wiele osób ma trądzik, ale to nie znaczy, że nie należy go leczyć. Leczenie może znacząco pomóc młodemu człowiekowi, przede wszystkim psychicznie. Po co ma się męczyć? Z perspektywy dorosłego może się wydawać, że to „tylko krosty na twarzy”, ale dla 15-latki może to być absolutnie kluczowy problem, coś, co definiuje jej codzienne funkcjonowanie i samoocenę. Pracuję też z wieloma młodymi osobami, które zgłaszają się na niwelowanie blizn po samouszkodzeniach. Często są one zauważane dopiero po czasie, bo ciało bywa zakrywane i sygnały długo pozostają niewidoczne. Samouszkodzenia są często formą radzenia sobie ze złością, frustracją czy poczuciem niezrozumienia. To pokazuje, jak złożony i trudny jest to temat, przede wszystkim na poziomie psychologicznym.
”Problemem jest dostępność kosmetyków „dla dzieci”, które są kolorowe, pachnące i atrakcyjne wizualnie, ale często nie mają składu odpowiedniego dla wrażliwej skóry. Jeśli starsza dziewczynka (np. 12–13 lat) zaczyna interesować się makijażem, nie demonizowałabym tego, ale warto wybierać produkty możliwie najprostsze, hipoalergiczne, o ograniczonej liczbie składników, zdecydowanie nie te kupowane w sklepach z zabawkami.”
Czy uważasz, że można się malować, gdy na twarzy pojawia się pierwszy trądzik?
Ja zawsze powtarzam, że jeśli pacjent, a szczególnie nastolatek, źle się czuje ze swoją skórą, a w 90 proc. przypadków tak właśnie jest, to nie zabraniajmy mu makijażu. Można go stosować, ale pod pewnymi warunkami. Przede wszystkim podkład powinien mieć lekką konsystencję i być dobrze dobrany do skóry. Mówię tu o pacjentach, których leczę i u których wiem, że wdrożone leczenie przynosi efekty. Rozumiem, jak ogromne znaczenie ma dla nich wygląd i to, że mogą wyjść do szkoły, czując się pewniej. Oczywiście, z dermatologicznego punktu widzenia najlepiej byłoby, gdyby tej warstwy makijażu nie było, ale w praktyce musimy znaleźć balans. Są pacjenci, którzy nie mają z tym problemu i są też tacy, dla których wyjście z domu bez makijażu jest po prostu niemożliwe. Dlatego do każdego przypadku podchodzę indywidualnie. To jedno z najczęstszych pytań, jakie słyszę, i absolutnie nie demonizuję makijażu jako sposobu na zakrycie niedoskonałości. Miałam nawet pacjentkę, która bardzo obawiała się wyjścia bez makijażu, ale jednocześnie była w edukacji domowej, więc nie miała tej presji społecznej. Nawet jeśli mówimy młodej osobie, że jest piękna i jej skóra jest w porządku, to w momencie silnego zaostrzenia trądziku ona może po prostu potrzebować dodatkowego wsparcia. Dlatego dajmy jej to wsparcie, ale jednocześnie uczmy właściwej pielęgnacji, przede wszystkim dokładnego demakijażu. Ważne jest też, żeby pilnować regularnego stosowania leków i zaleconych kosmetyków. Oczywiście młody pacjent stopniowo uczy się odpowiedzialności, ale to rodzic nadal powinien mieć nad tym pewną kontrolę i dawać wsparcie.
A co myślisz o wszystkich sztucznych dodatkach, takich jak rzęsy czy paznokcie? One także są bardzo popularne. Ostatnio koleżanka mojej 10-letniej córki kupiła kilka zestawów tipsów i obdarowała nimi swoje przyjaciółki.
Jeśli chodzi o sztuczne paznokcie u dzieci czy nastolatek, to przede wszystkim trzeba pamiętać, że używane do nich kleje bardzo często nie są dokładnie przebadane. Ich skład bywa zbliżony do zwykłych klejów technicznych, więc mogą powodować reakcje alergiczne, najczęściej miejscowe. Druga kwestia to usuwanie takich paznokci. Kiedy odpadają lub są zdejmowane na siłę, bardzo łatwo o mechaniczne uszkodzenie płytki paznokcia. Oczywiście ona się zregeneruje, ale to proces, który trwa kilka miesięcy. Dodatkowo, jeśli dojdzie do mikrourazów w okolicy wału paznokciowego, zwiększa się ryzyko infekcji bakteryjnych. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że dzieci naturalnie eksperymentują. Samo zakazywanie niewiele daje, kluczowa jest rozmowa i tłumaczenie. Jednorazowe użycie raczej nie spowoduje poważnych konsekwencji, ale warto uświadamiać, że nie są to produkty obojętne dla zdrowia. Natomiast jeśli chodzi o sztuczne rzęsy, tutaj jestem zdecydowanie bardziej stanowcza. Rzęsy aplikujemy bardzo blisko gałki ocznej, a oczy mamy tylko jedne i są znacznie bardziej wrażliwe niż skóra. W przypadku doklejanych rzęs, szczególnie niewiadomego pochodzenia, istnieje ryzyko, że klej dostanie się do oka, wywoła podrażnienie lub reakcję alergiczną. Dodatkowo ciężkie rzęsy mogą obciążać powiekę i zaburzać jej prawidłowe domykanie, co sprzyja rozwojowi zespołu suchego oka, zapaleń spojówek, a nawet rogówki. Dochodzi też ryzyko infekcji bakteryjnych i mechanicznych uszkodzeń. Szczególnie niepokojące są dla mnie rozwiązania typu rzęsy na magnes. W teorii brzmią bezpieczniej, ale wyobraźmy sobie sytuację, w której taki mikromagnes trafia do oka, to już jest realny problem okulistyczny. Dlatego o ile w przypadku paznokci jestem skłonna dopuścić pewien margines i podejść do tematu elastycznie, o tyle przy rzęsach zdecydowanie zalecam dużą ostrożność, a u dzieci zdecydowaną rezygnację.
Katarzyna Zakrzewska – lekarka w trakcie specjalizacji z dermatologii i wenerologii, łącząca medycynę kliniczną z podejściem do zdrowia i estetyki skóry. Na Instagramie @dermatolog_bez_pudru dzieli się rzetelną, opartą na EBM wiedzą o pielęgnacji, chorobach skóry i medycynie estetycznej.
Podoba Ci się ten artykuł?
Polecamy
Ogoliły głowy, nigdy tego nie żałowały. „Olanie takiego standardu piękna nadal jest czymś wyzwalającym”
„Oddam drogą szminkę za pieluchy albo czekoladę”. Lekarka dopowiada: „Opryszczka, HPV i gronkowiec gratis”
Katarzyna Bałabańska: „Medycyna przeciwstarzeniowa to proces, a nie magiczna różdżka”
„Mają błysk w oku, kiedy świadomie i z czułością się ich dotknie”. O tym jak masaż zmienia życie seniorów chorych na alzheimera
się ten artykuł?