Przejdź do treści

„Nie chcą wyglądać idealnie. Chcą wyglądać lepiej”. Lek. Karolina Molas o boomie na medycynę estetyczną dla mężczyzn

mężczyzna w gabinecie medycyny estetycznej, trzyma w rękach lusterko, lekarka opisuje przebieg zabiegu - Hello Zdrowie
Fot. Getty Images
Podoba Ci
się ten artykuł?

Zmęczony wygląd, cienie pod oczami, utrata objętości twarzy po odchudzaniu i potrzeba zawodowej konkurencyjności to jedne z powodów, dla których mężczyźni coraz częściej trafiają do gabinetów medycyny estetycznej. – Z mojego doświadczenia zawodowego wynika, że w Polsce największą zachętą dla mężczyzn nie są celebryci, lecz najbliższe otoczenie. Bardzo często impulsem staje się obserwacja kogoś znajomego, kolegi, partnera biznesowego czy przyjaciela, który nagle zaczyna wyglądać wyraźnie lepiej – opowiada nam lekarka medycyny estetycznej i regeneracyjnej Karolina Molas.

 

Magdalena Tereszczuk-Brach, Hello Zdrowie: Jeszcze do niedawna zabiegi medycyny estetycznej kojarzyły się głównie z kobietami. Dziś coraz częściej korzystają z nich także mężczyźni. W mediach ostatnio sporo mówiło się choćby o zmianie wyglądu Jima Carrey’a. Czy pamięta pani moment, kiedy panowie zaczęli coraz śmielej pojawiać się w gabinetach medycyny estetycznej?

Karolina Molas: Tak, zdecydowanie coraz więcej mężczyzn pojawia się w gabinetach. Wyraźnie obserwuję ten trend od dwóch–trzech lat, choć pierwszych mężczyzn w gronie swoich pacjentów pamiętam już z 2015 roku i niektórzy z nich pozostają ze mną do dziś. Były to jednak wówczas naprawdę pojedyncze przypadki. Mam też wrażenie, że medycyna estetyczna stopniowo przestaje budzić tak duże obawy wśród coraz bardziej świadomych pacjentów. W mojej praktyce często zdarza się, że do gabinetu trafiają mężowie moich pacjentek. Widzą, że medycyna estetyczna nie musi oznaczać zmiany rysów twarzy. Warto pamiętać, że najbardziej zauważalne są zwykle te efekty, które są przerysowane, podczas gdy dobrze wykonanej medycyny estetycznej po prostu nie widać. Jeśli mężczyzna obserwuje, że jego żona lub partnerka z czasem wygląda coraz lepiej, bardziej świeżo i naturalnie, często sam zaczyna otwierać się na tego rodzaju rozwiązania. Nierzadko pierwsza wizyta odbywa się jeszcze wspólnie, natomiast później ci mężczyźni wracają już samodzielnie i stają się stałymi pacjentami. Dziś mam sporą grupę właśnie takich osób, co pokazuje, że medycyna estetyczna przestała być obszarem zarezerwowanym wyłącznie dla kobiet.

Istotny wpływ na ten trend ma również rosnąca popularność analogów GLP-1, czyli leków takich jak Ozempic czy Mounjaro, wspomagających redukcję masy ciała. W ostatnich miesiącach obserwuję coraz więcej mężczyzn, którzy zgłaszają się do gabinetu w trakcie lub po znaczącej utracie wagi. Dla wielu z nich największym problemem początkowo jest nadmiar kilogramów, a nie twarz sama w sobie, jednak wraz z redukcją masy ciała zaczynają dostrzegać także zmiany w wyglądzie twarzy, jej opadanie, utratę objętości czy zmęczony, wychudzony wygląd. To sprawia, że coraz częściej szukają wsparcia właśnie w medycynie estetycznej.

Czyli zazwyczaj mężczyźni najpierw przejmują się wyglądem swojego ciała, a dopiero później zaczynają się interesować twarzą?

Ostatnio obserwuję to bardzo wyraźnie, zwłaszcza że tak jak już powiedziałam, mamy obecnie silny trend stosowania leków z grupy GLP-1. Konsekwencją ich stosowania jest często znaczna utrata objętości twarzy i charakterystyczny, wychudzony wygląd. W przypadku kobiet świadomość tego procesu jest już zdecydowanie większa, pacjentki wiedzą, że w trakcie redukcji masy ciała warto równolegle zadbać o skórę i odpowiednio wcześnie wdrożyć terapie biostymulujące, które wspierają jej napięcie i jakość. To bardzo ważny element, o którym warto mówić. Chciałabym, aby podobna świadomość pojawiła się również wśród mężczyzn, bo tego wciąż wyraźnie brakuje. Bardzo często zgłaszają się oni dopiero wtedy, gdy utrata objętości twarzy jest już znaczna, a twarz zaczyna sprawiać wrażenie zmęczonej, zapadniętej, a czasem wręcz chorobowo wychudzonej. W takiej sytuacji oczekują zazwyczaj szybkiej poprawy, efektu, tymczasem najlepszym rozwiązaniem nie zawsze są fillery czy klasyczne wypełniacze. Znacznie lepsze rezultaty przynoszą często terapie oparte na biostymulatorach. Wymagają one wprawdzie więcej czasu i cierpliwości, ale pozwalają odbudować jakość skóry w sposób harmonijny, bez ryzyka przerysowanego efektu czy nieestetycznych następstw w przyszłości. Oczywiście wypełniacze również mają swoje miejsce w medycynie estetycznej, jednak powinny być stosowane z dużym umiarem i w odpowiednich wskazaniach.

Karolina Molas - Hello Zdrowie

Karolina Molas / fot. archiwum prywatne

Na jakie zabiegi najczęściej decydują się mężczyźni?

Zdecydowanie na pierwszym miejscu jest toksyna botulinowa. To jeden z najpopularniejszych, a być może nawet najczęściej wykonywany zabieg w gabinecie. Bardzo dużym zainteresowaniem cieszy się również redukcja cieni pod oczami oraz szeroko rozumiana rewitalizacja okolicy oka. Mężczyźni często chcą zniwelować kurze łapki, zrelaksować napięcie mięśniowe i odzyskać świeższy, bardziej wypoczęty wygląd. Toksyna botulinowa daje tu bardzo dobre efekty, subtelnie odpręża rysy twarzy i wygładza okolice oczu. To właśnie okolica oka jest dla mężczyzn szczególnie ważna, ponieważ zmęczona, zapadnięta czy wychudzona w tej części twarzy bardzo szybko dodaje lat i sprawia, że twarz wygląda na przemęczoną.

Mam sporą grupę pacjentów zajmujących wysokie stanowiska zawodowe, często pracujących w środowisku korporacyjnym, którym zależy przede wszystkim na wyglądzie świeżym, wypoczętym i pełnym energii. Co ciekawe, mężczyźni bardzo rzadko zwracają uwagę na owal twarzy, choć również u nich z wiekiem dochodzi do jego osłabienia. Ich uwaga skupia się głównie na środkowej i górnej części twarzy, tam, gdzie najbardziej widoczne są oznaki zmęczenia.

Jeśli pacjenci są w stałym deficycie kalorycznym i nie dostarczają organizmowi odpowiedniej ilości białka, to skąd organizm ma budować nowy kolagen?

Co jeszcze?

Niektórzy pacjenci są też zainteresowani delikatną maskulinizacją rysów twarzy, subtelnym podkreśleniem konturów, zaznaczeniem linii żuchwy czy nadaniem twarzy bardziej zdecydowanego, męskiego charakteru. Czasem żartujemy, że „pracujemy nad wersją alfa”. Jednocześnie mężczyźni wciąż znacznie rzadziej zwracają uwagę na jakość skóry. Nie są jeszcze tak świadomi znaczenia profilaktyki czy medycyny regeneracyjnej jak kobiety. Zdarzają się oczywiście pacjenci zainteresowani terapiami laserowymi, ale bardzo często wynika to z wiedzy i inspiracji ich partnerek. To partnerka zauważa potencjał takiego leczenia i zachęca do konsultacji. A szkoda, bo osobiście uważam, że laseroterapia jest jednym z najlepszych narzędzi poprawy jakości skóry również u mężczyzn. Problem polega na tym, że efekty takich terapii są subtelne i rozłożone w czasie. Kobieta zauważy zmianę napięcia, struktury czy jakości skóry, natomiast mężczyzna często dostrzeże efekt dopiero wtedy, gdy usłyszy komentarz z zewnątrz.

Coraz częściej pracuję również z mężczyznami po dużej redukcji masy ciała lub zabiegach chirurgii plastycznej, takich jak plastyka brzucha czy liposukcja z usunięciem nadmiaru skóry. W takich przypadkach dużym obszarem pracy staje się terapia blizn pooperacyjnych. To proces wymagający regularności i cierpliwości, ale muszę przyznać, że mężczyźni są pod tym względem wyjątkowo zdyscyplinowani. Bardzo systematycznie zgłaszają się na wizyty, zapisują terminy z dużym wyprzedzeniem, czasem nawet na kilka miesięcy, i konsekwentnie realizują plan terapii. Są też niezwykle lojalnymi pacjentami. Jeśli zaufają specjaliście, pozostają wierni jego rekomendacjom i sumiennie stosują się do zaleceń. To, co bardzo cenię we współpracy z mężczyznami, to również ich podejście. Rzadko przychodzą z gotowym pomysłem na zabieg. Nie mówią: „przyszedłem na kwas hialuronowy” czy „chcę konkretny preparat”. Przychodzą z problemem i oczekują rozwiązania. Rolą specjalisty jest wtedy dobranie odpowiedniej terapii, niezależnie od tego, czy będzie to laser, terapia enzymatyczna, tropokolagen czy inna metoda. Mężczyźni są w tym bardzo pragmatyczni, chcą efektu i są gotowi zaufać doświadczeniu lekarza, dlatego, mimo że bywają wymagającymi pacjentami, naprawdę bardzo lubię z nimi pracować.

To trochę brzmi tak, jakby mężczyźni byli wręcz idealnymi pacjentami.

Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że mężczyźni jako pacjenci mają też swoją specyfikę. Są zdecydowanie bardziej wrażliwi na ból i znacznie częściej niż kobiety boją się igieł. Zdarzają się nawet sytuacje, w których pacjent słabnie czy omdlewa podczas zabiegu, dlatego przy pierwszych wizytach trzeba być szczególnie uważnym i odpowiednio prowadzić cały proces. Z czasem, kiedy pojawia się zaufanie i pacjent oswaja się z zabiegami, wszystko przebiega znacznie spokojniej.

W przypadku mężczyzn ogromne znaczenie ma również atmosfera wokół zabiegu. Powinna być spokojna, uporządkowana, pozbawiona zbędnego napięcia. Mężczyźni potrzebują poczucia bezpieczeństwa, jasnego wyjaśnienia, co będzie wykonywane, ale jednocześnie nie chcą znać wszystkich szczegółów procedury.

Im dłużej pracuje się z pacjentem, tym większa staje się jego świadomość i umiejętność obserwowania efektów terapii. To jednak bardzo wdzięczni pacjenci. Często przychodzą z dużym zaufaniem i mówią po prostu: „Pani doktor, proszę robić to, co uważa pani za najlepsze”. Kiedy pokazuję im postępy terapii, na przykład poprawę jakości skóry wokół oczu czy świeższy, bardziej wypoczęty wygląd, zdarza się, że odpowiadają: „Ja jeszcze tego wyraźnie nie widzę, ale skoro pani to widzi, to znaczy, że idziemy w dobrym kierunku”. I właśnie to zaufanie sprawia, że współpraca z nimi jest naprawdę wyjątkowo satysfakcjonująca. Z perspektywy lekarza to często wręcz modelowy pacjent.

młoda kobieta w salonie medycyny estetycznej, wykonuje zabieg - Hello Zdrowie

Kto wydaje więcej na medycynę estetyczną? Kobiety czy mężczyźni?

Myślę, że generalnie kobiety są skłonne przeznaczać na medycynę estetyczną większe środki finansowe. Wynika to przede wszystkim z większej świadomości regularnej pielęgnacji i zrozumienia, że najlepsze efekty buduje się stopniowo, poprzez systematyczną stymulację, regenerację i ujędrnianie skóry. Kobiety częściej traktują medycynę estetyczną jako długofalowy proces, a nie jednorazową interwencję. Mężczyźni natomiast zazwyczaj oczekują efektu stosunkowo szybko. Nie są jeszcze w pełni otwarci na wieloetapową rewitalizację czy przebudowę struktury skóry, czyli terapie, które wymagają czasu, regularności, a także większych nakładów finansowych. Mówię tu oczywiście o dominującej grupie pacjentów, mężczyznach, którzy zgłaszają się po to, by wyglądać młodziej i lepiej, ale niekoniecznie są zainteresowani stałą, wieloletnią opieką estetyczną w regularnym rytmie wizyt, na przykład co dwa–trzy miesiące przez kolejne lata.

Są jednak wyjątki od tej reguły. Mam bowiem również pacjentów, którzy podchodzą do swojego wyglądu bardzo świadomie i traktują go jako element kapitału zawodowego czy osobistego wizerunku. Dotyczy to na przykład osób, które pracują swoim wyglądem i w naturalny sposób inwestują w niego znaczne środki. W takich przypadkach budżet przeznaczany na zabiegi potrafi przewyższać wydatki wielu kobiet, a podejście do terapii jest znacznie bardziej kompleksowe, bo obejmuje regularną regenerację, poprawę jakości skóry i długofalowe budowanie efektu.

W mojej praktyce widzę też grupę pacjentów, którzy są bardziej otwarci na zaawansowane terapie estetyczne i mają większą gotowość do inwestowania w swój wygląd. Ich podejście jest bardziej świadome, konsekwentne i zbliżone do modelu, który od lat obserwujemy u kobiet, czyli nastawionego nie tylko na szybki efekt, ale przede wszystkim na długoterminową poprawę jakości skóry i harmonijne starzenie się.

Wróćmy do celebrytów i Jima Carrey’a, od którego zaczęłyśmy naszą rozmowę. Jak ocenia pani efekt zabiegów, którym prawdopodobnie się poddał?

Powiem tak: w przypadku Jima Carrey’a trzeba pamiętać, że aktor ma bardzo charakterystyczną twarz, niezwykle mimiczną, dynamiczną, z bardzo intensywną pracą mięśni. To typ urody, który z perspektywy medycyny estetycznej jest wyjątkowo wymagający. Praca z tak aktywną mimicznie twarzą wiąże się z dużym ryzykiem, ponieważ nawet niewielka ingerencja może znacząco wpłynąć na ekspresję, naturalność i charakter twarzy. U osób, których mimika stanowi istotny element wizerunku, a w przypadku aktora również narzędzie pracy, zachowanie równowagi między odświeżeniem wyglądu a utrzymaniem naturalnej ekspresji jest niezwykle trudne.

Jim Carrey na gali Cezarów w lutym tego roku. Jego odmieniony wygląd wzbudził podejrzenia, czy to przypadkiem nie sobowtór aktora. Pogłoski te zdementowała jego agentka / Fot. Aurore Marechal via Getty Images

Czy myśli pani, że dla mężczyzn w Polsce to ma znaczenie, że coraz więcej publicznych osób pokazuje, że korzysta z medycyny estetycznej?

Myślę, że mężczyzn z jednej strony mogą zniechęcać takie medialne antyprzykłady, sytuacje, w których zmiana wyglądu jest wyraźnie widoczna i budzi kontrowersje, jak choćby w przypadku Jima Carrey’a, którego wygląd stał się przedmiotem szerokiej publicznej dyskusji. Takie przykłady często utrwalają przekonanie, że medycyna estetyczna radykalnie zmienia twarz. A przecież, jak zawsze podkreślam, dobrze wykonanej medycyny estetycznej po prostu nie widać. Jeśli natomiast mężczyźni widzą pozytywne przykłady, osoby, które wyglądają lepiej, ale w sposób całkowicie naturalny,  może to działać zachęcająco. Dobrym przykładem jest choćby Brad Pitt, u którego widać, że korzysta z możliwości współczesnej medycyny estetycznej czy regeneracyjnej, ale efekt pozostaje subtelny. Trzeba jednak pamiętać, że w Hollywood równie powszechna, a być może nawet częstsza niż w Polsce, jest chirurgia plastyczna. Tam ingerencje chirurgiczne są znacznie bardziej rozpowszechnione i społecznie oswojone.

Z mojego doświadczenia zawodowego wynika jednak, że w Polsce największą zachętą dla mężczyzn nie są celebryci, lecz najbliższe otoczenie. Bardzo często impulsem staje się obserwacja kogoś znajomego, kolegi, partnera biznesowego czy przyjaciela, który nagle zaczyna wyglądać wyraźnie lepiej. To budzi ciekawość. Mężczyźni zaczynają pytać, szukać informacji, choć wciąż robią to znacznie bardziej dyskretnie niż kobiety. W Polsce mężczyźni nadal rzadko otwarcie rozmawiają między sobą o zabiegach medycyny estetycznej. To nie jest jeszcze temat obecny w codziennej komunikacji, tak jak ma to miejsce wśród kobiet, które od dawna wymieniają się doświadczeniami, polecają lekarzy, kliniki czy konkretne terapie. W kobiecym świecie taka rekomendacja funkcjonuje dziś niemal tak naturalnie jak polecenie fryzjera czy kosmetyczki. Wśród mężczyzn ten poziom otwartości dopiero się kształtuje.

Mężczyźni z reguły nie wykazują tendencji do nadmiernego korzystania z zabiegów ani do samodzielnego inicjowania coraz bardziej intensywnych terapii. W dużej mierze wynika to z ich naturalnej niechęci do bólu, a także z dystansu wobec samych procedur iniekcyjnych

Powiedziała pani, że mężczyźni w Polsce nie są jeszcze przekonani do chirurgii plastycznej, a jednocześnie nie mają tej świadomości, że w przypadku medycyny estetycznej czasami jest lepiej przyjść wcześniej niż później. I co wtedy doradza pani takim pacjentom, u których procesy starzenia są już mocno widoczne?

Często pojawiają się pacjenci około sześćdziesiątego roku życia, na etapie, kiedy możliwości medycyny estetycznej są już w pewnym sensie ograniczone. W takich przypadkach otwarcie mówię, że najbardziej spektakularne efekty mogłaby przynieść chirurgia plastyczna. Wielu mężczyzn nie jest jednak gotowych na taką ingerencję. Wówczas pozostaje nam działać stopniowo, rewitalizować skórę, przywracać twarzy świeżość, poprawiać jej jakość i odzyskiwać ten naturalny blask oraz bardziej wypoczęty, młodszy wygląd. To oczywiście jest możliwe, ale wymaga bardzo uważnej rozmowy z pacjentem i przede wszystkim realistycznego przedstawienia efektów, jakich może się spodziewać.

Pamiętam, że kiedy 15–16 lat temu zaczynałam pracę w medycynie estetycznej, przez pierwsze pięć, a nawet siedem lat bardzo dużo czasu poświęcałam na tłumaczenie pacjentkom, jakie efekty realnie można osiągnąć jednym zabiegiem, jakich zmian nie należy się spodziewać i dlaczego proces poprawy wyglądu wymaga czasu. Dziś takich rozmów z kobietami praktycznie już nie prowadzę, bo ich świadomość jest nieporównywalnie większa. Natomiast w przypadku mężczyzn, szczególnie tych, którzy trafiają do gabinetu po raz pierwszy, często wracam do roli edukatora. Poświęcam sporo czasu na wyjaśnienie, co konkretny zabieg może dać, jaki efekt jest realny do osiągnięcia, ile czasu potrzeba, by go zbudować, i czego nie da się uzyskać bez bardziej zaawansowanych procedur. Czasem rozmawiamy również o kosztach terapii, choć mam wrażenie, że dla większości mężczyzn nie jest to kwestia pierwszoplanowa. Ważniejsze jest dla nich zrozumienie sensu zabiegu i przekonanie, że efekt będzie rzeczywiście wart podjętej decyzji. Mimo to świadomość możliwości medycyny estetycznej wśród mężczyzn wciąż jest zdecydowanie mniejsza niż wśród kobiet, choć z roku na rok wyraźnie rośnie.

Czasem najlepszym „zabiegiem” jest przerwa, regeneracja, zadbanie o sen, hormony, odżywienie organizmu czy redukcję napięcia. Ja zawsze powtarzam: lepiej mniej niż więcej

Czy pani zdaniem to wciąż początek zainteresowania mężczyzn medycyną estetyczną w Polsce?

Myślę, że jesteśmy już w trakcie tego procesu, ten boom na medycynę estetyczną wśród mężczyzn zdecydowanie się rozpoczął. Nie powiedziałabym więc, że to dopiero początek, raczej jesteśmy na etapie wyraźnego wzrostu, który z roku na rok będzie się umacniał. Medycyna estetyczna przestała być tematem tabu. Mam wrażenie, że szczególnie mocno zaczęło to być widoczne w okresie pandemicznym i po pandemii, kiedy dbanie o siebie, zdrowie, wygląd i szeroko pojęty „wellbeing” zaczęły być postrzegane znacznie bardziej świadomie. Jednocześnie bardzo mocno zróżnicowałabym ten trend pod względem geograficznym i społecznym. Duże aglomeracje miejskie, takie jak Warszawa, Poznań czy Wrocław, funkcjonują dziś trochę jak osobne światy. Mamy tu do czynienia z zupełnie inną świadomością, większą otwartością na zabiegi, innym stylem życia, a także większą gotowością do inwestowania w siebie. To właśnie w dużych miastach rozmowa o medycynie estetycznej, zarówno wśród kobiet, jak i coraz częściej wśród mężczyzn, stała się czymś naturalnym.

Rozmawiam z koleżankami lekarkami z różnych części Polski i wyraźnie widzimy, że pomiędzy dużymi aglomeracjami a mniejszymi miejscowościami nadal istnieje znacząca różnica, zarówno pod względem otwartości na zabiegi, jak i zamożności czy ogólnej świadomości dotyczącej profilaktyki, zdrowego starzenia się i dbania o wygląd. W mniejszych ośrodkach te tematy wciąż bywają traktowane z większym dystansem, czasem z rezerwą, a czasem po prostu nie są jeszcze obecne w codziennej rozmowie społecznej. Dlatego powiedziałabym, że boom już trwa, zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn, ale jego tempo i skala są bardzo nierównomierne.

Bliźniaczki/ Tekst o tym, że jedna z sióstr stosowała botoks, druga nie.

Czy są jakieś zabiegi dedykowane tylko mężczyznom?

Jeśli mówimy o zabiegach dedykowanych wyłącznie mężczyznom, to takich procedur stricte iniekcyjnych właściwie nie ma. Większość zabiegów, które wykonujemy u mężczyzn, można z powodzeniem wykonać również u kobiet, oczywiście z zastosowaniem innych technik, innych dawek, innych rozcieńczeń preparatów i przy zupełnie innym podejściu terapeutycznym. Wynika to z faktu, że anatomia męskiej twarzy znacząco różni się od kobiecej, inaczej pracują mięśnie, inna jest struktura tkanek, proporcje twarzy i oczekiwany efekt estetyczny. Dlatego praca z pacjentem męskim wymaga od lekarza odrębnego podejścia i umiejętności precyzyjnego różnicowania terapii, nawet w przypadku tak powszechnych zabiegów jak podanie toksyny botulinowej.

Jeśli miałabym wskazać zabieg, który można uznać za bardziej typowo męski, to byłaby to mikropigmentacja skóry głowy, czyli zabieg imitujący efekt krótko odrastających włosów u mężczyzn z łysieniem. To forma bardzo subtelnego tatuażu medycznego, która pozwala optycznie zagęścić fryzurę lub stworzyć efekt świeżo ogolonej głowy. To procedura, po którą sięgają niemal wyłącznie mężczyźni. Coraz częściej pojawiają się również pacjenci aktywni fizycznie, zainteresowani zabiegami wspomagającymi regenerację mięśni i pracę z powięzią. Mam na myśli terapie wykorzystujące falę akustyczną, masaże specjalistyczne czy zabiegi ukierunkowane na rozluźnienie napiętych struktur mięśniowo-powięziowych po intensywnym treningu. To obszar, który również dynamicznie się rozwija i cieszy się zainteresowaniem szczególnie wśród mężczyzn prowadzących aktywny tryb życia.

Stosunkowo często wykonujemy również lipolizę iniekcyjną, najczęściej w obszarze brzucha, kiedy problemem są miejscowe nagromadzenia tkanki tłuszczowej. Trzeba jednak wyraźnie podkreślić, że wielu mężczyzn ma do czynienia przede wszystkim z tłuszczem trzewnym, wynikającym z zaburzeń metabolicznych czy nieprawidłowej gospodarki węglowodanowej. W takich przypadkach zabiegi estetyczne nie są pierwszym rozwiązaniem, podstawą zawsze powinna być diagnostyka, odpowiednia dieta i zmiana stylu życia. Dopiero przy lokalnie nagromadzonej tkance tłuszczowej, która spełnia określone kryteria, można skutecznie zastosować lipolizę iniekcyjną.

Zastanawiam się czy osiągnięcie naturalnego efektu w zabiegach medycyny estetycznej może być trudniejsze w przypadku mężczyzn niż kobiet? Mam takie wrażenie, że kobiety częściej akceptują przerysowany wygląd, na przykład nienaturalnie powiększone usta, niż mężczyźni.

Zawsze największą trudność sprawiało mi tworzenie efektów przerysowanych, bo po prostu nie jest to estetyka, którą widzi moje oko i z którą się utożsamiam. Naturalność była i pozostaje dla mnie najważniejsza. Mam jednak poczucie, że łatwiej przesadzić w pracy z kobietami niż z mężczyznami. Kobiety często odczuwają większą presję, zarówno społeczną, jak i wewnętrzną, by wyglądać niemal idealnie. Zdarza się, że oczekują coraz więcej, poprawy jednej zmarszczki, potem kolejnej, a następnie dalszych subtelnych korekt. Pojawia się myślenie: „a może jeszcze to”, „a może można poprawić tamto”. I właśnie w takim podejściu kryje się ryzyko przekroczenia granicy naturalności. Mężczyźni mają zwykle zupełnie inne oczekiwania. Oni nie chcą być idealni. Chcą po prostu wyglądać trochę lepiej. To bardzo pragmatyczne podejście.

Warto też podkreślić, że medycyna estetyczna nie działa w oderwaniu od całego organizmu. Efekt zabiegu to nie jest wyłącznie kwestia igły, strzykawki, techniki i preparatu. Na ostateczny rezultat wpływa bardzo wiele czynników: gospodarka hormonalna, metabolizm, poziom stresu, jakość snu, sposób odżywiania, stan zapalny organizmu czy ogólna kondycja zdrowotna. Skóra jest w pewnym sensie lustrem tego, co dzieje się wewnątrz organizmu. Jeśli ciało funkcjonuje harmonijnie, zabiegi estetyczne odpowiadają na to znacznie lepiej. I to jest obszar, który czasem trudniej wytłumaczyć kobietom, że nie wszystko da się osiągnąć kolejnym zabiegiem. Czasem najlepszym „zabiegiem” jest przerwa, regeneracja, zadbanie o sen, hormony, odżywienie organizmu czy redukcję napięcia. Ja zawsze powtarzam: lepiej mniej niż więcej. Dobrze zaplanowana przerwa między terapiami również jest elementem leczenia estetycznego. Co ciekawe, mężczyźni bardzo dobrze to rozumieją. Akceptują proces, ufają rekomendacjom i rzadziej oczekują natychmiastowego, maksymalnego efektu za wszelką cenę. Dlatego pod tym względem współpraca z nimi bywa często prostsza,  bardziej rzeczowa, spokojniejsza i oparta na realistycznych oczekiwaniach.

Kobiety często odczuwają większą presję, zarówno społeczną, jak i wewnętrzną, by wyglądać niemal idealnie. (...) Pojawia się myślenie: „a może jeszcze to”, „a może można poprawić tamto”. I właśnie w takim podejściu kryje się ryzyko przekroczenia granicy naturalności

Jakie są główne powody, dla których mężczyźni decydują się na zabieg medycyny estetycznej? Czy jest to w ich przypadku próba zatrzymania młodości czy jeszcze coś innego?

Z psychologicznego punktu widzenia bardzo często stoi za tym potrzeba zachowania konkurencyjności w środowisku zawodowym. Wielu mężczyzn, z którymi pracuję, to osoby dobrze usytuowane społecznie i zawodowo, funkcjonujące na wysokich stanowiskach, często w wymagających, silnie konkurencyjnych branżach. Oni po prostu nie chcą wyglądać staro, chcą wyglądać dobrze, świeżo, profesjonalnie i adekwatnie do swojej pozycji oraz energii, z jaką funkcjonują na co dzień. Nie zawsze chodzi tu o kompleksy, choć oczywiście czasem również one odgrywają rolę. Miałam na przykład pacjentów, którym bardzo przeszkadzało nadmierne zaczerwienienie twarzy. W sytuacjach stresowych, podczas wystąpień publicznych czy nawet przy zmianie temperatury otoczenia ich twarz stawała się intensywnie purpurowa. To powodowało duży dyskomfort i realnie wpływało na ich pewność siebie, więc w takich przypadkach można mówić o konkretnym źródle kompleksu, które pacjent chce zniwelować. W większości przypadków motywacja jest jednak bardziej pragmatyczna niż emocjonalna. To mężczyźni, którym zależy na tym, by być lepiej postrzeganymi w swoim otoczeniu zawodowym, wyglądać na wypoczętych, zadbanych, pełnych energii i wiarygodnych. Chcą, by ich wygląd współgrał z tym, jak się czują i jaką pozycję zajmują. Co istotne, oni naprawdę nie oczekują wiele.

Czy zdarza się, że mężczyźni wpadają w pułapkę idealnego wyglądu i pojawiają się na zabiegach zbyt często?

Mężczyźni z reguły nie wykazują tendencji do nadmiernego korzystania z zabiegów ani do samodzielnego inicjowania coraz bardziej intensywnych terapii. W dużej mierze wynika to z ich naturalnej niechęci do bólu, a także z dystansu wobec samych procedur iniekcyjnych. Owszem, lubią przyjść na wizytę, porozmawiać, skonsultować się, ale same zabiegi, szczególnie te z użyciem igły, nadal budzą w nich pewien opór.

W mojej praktyce właściwie nie mam pacjentów, którzy sami zgłaszaliby potrzebę wykonywania coraz większej liczby zabiegów albo dążyli do przesadnej korekty wyglądu. To raczej pacjenci, którzy podchodzą do tego bardzo racjonalnie. Najczęściej pytają po prostu: „Kiedy powinienem zgłosić się na kolejną wizytę?” albo „Kiedy będzie najlepszy moment na kolejny zabieg?”. To pokazuje, że nie szukają kolejnych interwencji dla samej idei poprawiania wyglądu, lecz traktują medycynę estetyczną jako świadomie prowadzony proces.

Niektórzy pacjenci są też zainteresowani delikatną maskulinizacją rysów twarzy, subtelnym podkreśleniem konturów, zaznaczeniem linii żuchwy czy nadaniem twarzy bardziej zdecydowanego, męskiego charakteru. Czasem żartujemy, że „pracujemy nad wersją alfa”

Na koniec włożę kij w mrowisko. Cieszę się, że medycyna estetyczna może pomóc chociażby poprawić komuś humor, ale zastanawiam się jednocześnie, czy nie wpędza nas w pułapkę idealnego wyglądu. Mówimy o świadomych pacjentach, o tym, jak ważne jest, aby wcześniej zacząć prewencję przeciwstarzeniową, ale z drugiej strony, co złego jest w starzeniu się bez użycia wypełniaczy i laserów?

Mam takie podejście i zawsze staram się tłumaczyć pacjentom, że dziś nie chodzi już o medycynę estetyczną rozumianą jako pogoń za perfekcyjnym wyglądem. Coraz częściej mówię wręcz o medycynie regeneracyjnej, bo właśnie w tym kierunku zmierza cała nasza branża i bardzo mnie to cieszy. Era intensywnego modelowania twarzy, nadmiernego powiększania ust, policzków czy agresywnego uzupełniania objętości powoli odchodzi. Jestem w tej dziedzinie od szesnastu lat, zaczynałam właściwie u początków rozwoju medycyny estetycznej w Polsce, przeszłam przez różne etapy jej ewolucji i dziś wyraźnie widzę, że idziemy w dobrą stronę.

W pracy z pacjentkami, a są to głównie kobiety w wieku 40, 45, 50 plus, choć trafiają do mnie również młodsze osoby, zawsze staram się najpierw pokazać im to, co w nich piękne. Każda twarz ma wiele atutów, wiele wyjątkowych cech, które warto zachować i podkreślić. Tymczasem kobiety bardzo często skupiają się wyłącznie na tym, co postrzegają jako mankamenty, a nie dostrzegają swoich naturalnych walorów. Uważam, że rolą lekarza jest nie tylko poprawa estetyczna, ale także uświadamianie pacjentce jej mocnych stron, pokazanie, co warto zostawić, czego nie ruszać i co po prostu wymaga delikatnej regeneracji, a nie radykalnej korekty. Widzę, jak takie podejście buduje w pacjentkach pewność siebie i zdrowe spojrzenie na własny wygląd. To proces, czasem trwający miesiące, a nawet lata, ale dzięki niemu wiele kobiet odchodzi od myślenia o perfekcjonizmie i nie wpada w pułapkę ciągłego poprawiania siebie. Gdybyśmy jako lekarze koncentrowali się wyłącznie na tym, co należy „naprawić”, bez wzmacniania pozytywnego obrazu pacjenta, moglibyśmy łatwo stworzyć potrzebę nieustannych, zbyt częstych zabiegów. A przecież nie o to chodzi.

Zgadzam się.

Ogromnym wyzwaniem jest dziś kultura perfekcyjnego wyglądu, napędzana przez media społecznościowe, filtry i tak zwany Instagram face. To jeden z największych problemów współczesnej estetyki, szczególnie dla młodego pokolenia, które dorasta w świecie cyfrowo przetworzonych obrazów. Młode osoby bardzo często mają nierealistyczne oczekiwania wobec swojego wyglądu, bo codziennie porównują się do twarzy, które w rzeczywistości często nie istnieją. Dlatego uważam, że naszym obowiązkiem jako lekarzy jest odciąganie pacjentów od dążenia do nierealnej idealizacji. Niepokoi mnie model pracy oparty na bardzo częstych zabiegach iniekcyjnych, wizytach co miesiąc, bez wyraźnej potrzeby medycznej. Oczywiście, na początku terapii czasem potrzebna jest większa intensywność działań, ale długofalowo skóra potrzebuje również czasu na regenerację. Zbyt częsta stymulacja może prowadzić do przewlekłego stanu zapalnego, a w konsekwencji do zjawiska określanego jako inflammaging, czyli przyspieszonego starzenia wywołanego nakładającymi się procesami zapalnymi.

Bardzo ważne jest też zrozumienie, że efekty medycyny estetycznej nie zależą wyłącznie od zabiegu. Na kondycję skóry wpływa cały organizm: gospodarka hormonalna, poziom stresu, jakość snu, dieta, ilość spożywanego białka, aktywność fizyczna, podróże, zmiany stref czasowych. Zabieg może być wykonany idealnie, ale jeśli organizm nie ma zasobów do regeneracji, efekt będzie ograniczony albo krótkotrwały. Dobrym przykładem są pacjenci stosujący analogi GLP-1. Jeśli są w stałym deficycie kalorycznym i nie dostarczają organizmowi odpowiedniej ilości białka, to skąd organizm ma budować nowy kolagen? Bez odpowiednich aminokwasów regeneracja po prostu nie zajdzie. Dlatego ja zdecydowanie bardziej namawiam pacjentów do holistycznego dbania o siebie niż do wykonywania coraz większej liczby zabiegów. Medycyna estetyczna może być pięknym wsparciem, ale nie zastąpi zdrowia, regeneracji i równowagi organizmu. Im większa będzie świadomość pacjentów w tym zakresie, tym lepsze, bardziej naturalne i trwalsze efekty będziemy mogli wspólnie osiągać bez pogoni za nierealnym ideałem.

Podoba Ci się ten artykuł?

Powiązane tematy:

Podoba Ci
się ten artykuł?